Karolina Miller

Kobiety do garów, czyli feminizm w Rodzie Smoka

Obietnica twórców

Ogień i krew George’a R.R. Martina jest przede wszystkim kroniką wojny sukcesyjnej. To opowieść o dwóch stronnictwach walczących o władzę, tragedią dynastii, która doprowadza się niemal do zagłady. Jednak serial Ród Smoka od początku sygnalizował, że nie zamierza jedynie ekranizować tej historii. Ryan Condal wielokrotnie podkreślał, że osią serialu ma być relacja Rhaenyry Targaryen i Alicent Hightower, a więc „historia dwóch kobiet” rozgrywająca się na tle wojny. Mówił również, że interesuje go pokazanie tego, jak te dwie, choć wpływowe, kobiety funkcjonują w głęboko patriarchalny społeczeństwie. To właśnie ograniczenia nakładane na bohaterki przez ich płeć miały stać się jednym z głównych tematów serialu.

Podobnie wypowiadał się Miguel Sapochnik. Przyznawał, że Gra o tron była powszechnie postrzegana jako serial skoncentrowany przede wszystkim na mężczyznach, choć jego zdaniem opinia ta nie do końca była sprawiedliwa. Jak sam wspominał, impulsem do stworzenia Rodu Smoka stała się sugestia jego żony, Alexis Raben, aby tym razem opowiedzieć historię z perspektywy kobiet, które zostały „zmiażdżone przez patriarchat”, a następnie przeciw niemu wystąpiły. To właśnie wtedy, jak mówił, narodził się pomysł, by uczynić z patriarchatu oraz jego relacji z kobietami główny temat serialu.

Nie sposób zaprzeczyć, że patriarchalny charakter Westeros ma ogromny wpływ na losy jego bohaterek. Rhaenyra musi walczyć o uznanie swojej pozycji w sposób, którego nie doświadczyłby żaden mężczyzna, a Alicent od najmłodszych lat była wykorzystywana jako narzędzie cudzych ambicji. Dlatego nie krytykuję tego, że twórcy postanowili poświęcić temu tematowi więcej uwagi niż książka.

Mam jednak wrażenie, że czyniąc z patriarchatu główny klucz interpretacyjny całej opowieści, serial mniej lub bardziej intencjonalnie postawił tezę, że kobiety byłyby lepszymi władczyniami, gdyby nie ograniczał ich patriarchalny porządek. I właśnie dla udowodnienia tej tezy poświęcił złożoność i konsekwencję swoich bohaterek. I w mojej ocenie jest to największy problem Rodu Smoka.

Czy to naprawdę nowość?

Sapochnik mówił, że impulsem do stworzenia serialu było spojrzenie na Westeros z kobiecej perspektywy. Nie chodziło tylko o to, by był to serial „o kobietach”, lecz przede wszystkim serial „opowiedzianego z kobiecej perspektywy”, czym miał wyróżnić się w porównaniu do Gry o tron.  Tylko czy rzeczywiście kobieca perspektywa jest czymś, czego brakowało Grze o tron?

Moim zdaniem nie.

Gra o tron od samego początku była opowieścią pełną kobiecych doświadczeń. Daenerys zostaje sprzedana przez własnego brata. Cersei wielokrotnie mówi, że jedynym powodem, dla którego jest traktowana inaczej niż Jaime, jest fakt, że urodziła się kobietą. Sansa przez lata funkcjonuje jako zakładniczka polityczna, której ciało i nazwisko stanowią towar. Gilly ucieka przed ojcem traktującym córki jak własność i próbuje ocalić przed nim syna. Margaery i Cersei zostają publicznie upokorzone przez Wiarę, Myrcella zostaje wysłana do Dorne jako okup za poparcie, a Brienne i Arya, nie realizujące społecznego wzoru kobiety, z trudem znajdują sobie miejsce w świecie. Trudno wskazać drugi współczesny serial fantasy, który z podobną konsekwencją pokazywałby, jak patriarchalne społeczeństwo wpływa na życie kobiet.

Różnica nie polega więc na obecności kobiecej perspektywy, lecz na sposobie jej ukazania.

W Grze o tron doświadczenie bycia kobietą w świecie mężczyzn jest jednym z elementów kształtujących bohaterki, ale nie jedynym ani najważniejszym. Daenerys nie jest wyłącznie ofiarą przymusowego małżeństwa, a Cersei nie jest wyłącznie ofiarą seksizmu. Każda z nich pozostaje przede wszystkim pełnokrwistą postacią: ambitną, omylną, inteligentną, okrutną lub współczującą. Podejmującą decyzje, za które ponosi odpowiedzialność.

W Rodzie Smoka kobiece doświadczenie przestaje być jednym z elementów budujących bohaterki, a staje się główną przyczyną ich nieszczęść. Serial z wyjątkową konsekwencją powraca do tematów ciąży, porodów, macierzyństwa, przymusowych małżeństw i politycznego wykorzystywania kobiet. Sam wybór tych motywów nie jest niczym niewłaściwym, ale w pewnej chwili przestają one pogłębiać postacie, a zaczynają tworzyć filtr, przez jaki są postrzegane. Kobiety coraz częściej definiowane są przez to, czego doświadczają jako kobiety, podczas gdy ich decyzje polityczne, ambicje czy indywidualne cechy schodzą na dalszy plan.

Jak serial realizuje swoją ideę

Kobiece cierpienie w centrum

Jednym z najbardziej charakterystycznych elementów Rodu Smoka jest sposób, w jaki serial przedstawia kobiece doświadczenie. Ciąża, poród, utrata dziecka, przymusowe małżeństwo czy podporządkowanie politycznym decyzjom mężczyzn wracają z taką regularnością i są eksponowane z tak dużą intensywnością, że zaczynają dominować nad emocjonalnym tonem całej opowieści.

Już pierwszy odcinek pokazuje ten kierunek. Zanim widz zdąży poznać większość bohaterów i zrozumieć polityczne napięcia na dworze Viserysa, zostaje skonfrontowany z wyjątkowo brutalną sceną śmierci królowej Aemmy Arryn. Sama śmierć przy porodzie nie jest oczywiście niczym niezwykłym w realiach Westeros. Zastanawiający jest jednak sposób inscenizacji tej sceny.

Aemma nie zostaje poinformowana o sytuacji. Nikt nie pyta jej o zgodę. Jeszcze chwilę wcześniej rozmawia z Viserysem o swoich wcześniejszych ciążach, wspominając kolejne poronienia i martwo urodzone dzieci oraz wyznając, że nie chce już więcej przez to przechodzić. Chwilę później jej mąż podejmuje decyzję o wykonaniu cesarskiego cięcia bez jej wiedzy, a ona zostaje fizycznie unieruchomiona. Kamera pozostaje z nią do końca, koncentrując się na jej bólu, przerażeniu i bezradności.

Można oczywiście argumentować, że scena miała pokazać brutalność świata przedstawionego. Jednak ten sam cel można było osiągnąć, nie odbierając królowej podmiotowości. Viserys mógł uklęknąć przy łóżku żony, powiedzieć jej prawdę i pozwolić podjąć decyzję. Tragizm tej sceny pozostałby dokładnie taki sam. Zmieniłoby się jedynie to, że Aemma umierałaby jako osoba, a nie wyłącznie jako ofiara.

Podobny mechanizm powraca w kolejnych odcinkach. Chwilę po narodzinach Joffreya, jedynych narodzinach w serialu, które nie są traumatyczne, zakończone śmiercią matki lub dziecka, Rhaenyra idzie do Alicent, by pokazać jej dziecko. Sama sytuacja nie ma uzasadnienia fabularnego, o ile nie przyjmiemy, że Rhaenyra bała się o życie dziecka, jeśli chłopca zaniesienie Alicent ktoś inny. Kamera długo śledzi Rhaenyrę idącą przez zamek z noworodkiem na rękach, by na końcu zatrzymać się na śladach krwi, które pozostawiła na posadzce. Scena nie wnosi nowych informacji o sytuacji na dworze, a jej głównym efektem – oraz, jak zgaduję, celem – jest wyeksponowanie fizycznego cierpienia bohaterki. A gdyby krwawe ślady i wyraźny ból rysujący się na twarzy księżniczki były za mało subtelne, Laenor komentuje sytuację słowami „cieszę się, że nie jestem kobietą”.

Dziękujemy, kapitanie ekspozycjo.

Jeszcze wyraźniej widać to w historii Laeny Velaryon. W książce jej śmierć również następuje po ciężkim porodzie, jednak martwe dziecko przychodzi na świat wcześniej, a sama Laena, świadoma zbliżającego się końca, próbuje po raz ostatni dosiąść Vhagar. Umiera, zanim zdąży to zrobić. Serial zachowuje ten motyw, a więc kobietę, która chce umrzeć na własnych warunkach, ale całkowicie zmienia jego przebieg. Laena wybiera śmierć w smoczym ogniu wraz z nienarodzonym jeszcze dzieckiem.

Nie rozumiem wyboru bohaterki, ani tego, co stało za decyzją scenariuszową. Dlaczego adaptacja uznała, że właśnie w taki sposób należy pokazać kobiecą sprawczość? Czy Laena, która w przeciwieństwie do Aemmy, świadomie podjęłaby decyzję, by podjąć się cesarskiemu cięciu i uratować dziecko, nie byłaby równie sprawcza i odważna? Czy może w przeciwieństwie do śmierci w ogniu, taki wybór byłby za mało „badassowy”?

Każdą z tych scen można oczywiście obronić z osobna, ale trudno zignorować ich powtarzalność. Ród Smoka nie tylko pokazuje kobiece cierpienie. Konsekwentnie je eksponuje, intensyfikuje i buduje wokół niego jedne z najbardziej pamiętnych obrazów całego serialu. W rezultacie cierpienie bohaterek przestaje być wyłącznie elementem opowieści, a staje się jednym z jej głównych wątków. W rezultacie wiele scen sprawia wrażenie nie tyle naturalnej konsekwencji wydarzeń, ile świadomej teatralizacji kobiecego doświadczenia.

Jak serial definiuje kobiecą siłę

Paradoksalnie , choć serial przedstawia kobiece doświadczenia z taką intensywnością, bardzo rzadko ukazuje je jako wartość samą w sobie. Ciąża, poród i macierzyństwo są przede wszystkim źródłem cierpienia i ograniczeń. Chwile największej sprawczości bohaterek wiążą się natomiast z przekroczeniem ról tradycyjnie przypisywanych kobietom.

Już młoda Rhaenyra mówi, że wolałaby polecieć na bitwę i okryć się chwałą, niż rodzić kolejne dzieci, jak jej matka. Samo takie marzenie nie jest oczywiście niczym niewłaściwym, ale dziwi mnie fakt, że serial nie proponuje właściwie żadnej alternatywy. Macierzyństwo od pierwszego odcinka zostaje przedstawione niemal wyłącznie jako źródło cierpienia, podczas gdy wojna, smoki i walka stają się przestrzenią samorealizacji.

Wyraźnie widać bardzo wyraźnie w historii Laeny Velaryon. Ostatecznym potwierdzeniem jej podmiotowości staje się nie decyzja związana z macierzyństwem, lecz spektakularne odejście w smoczym ogniu. Trudno oprzeć się pytaniu, czy alternatywny wybór, równie odważny i równie świadomy, bo związany z próbą uratowania dziecka, nie zostałby uznany za zbyt mało zgodny ze współczesnym wyobrażeniem o silnej heroinie.

Podobny motyw pojawia się w wątku Rhaeny. Dziewczyna odbiera powierzenie jej opieki nad dziećmi Rhaenyry jako upokorzenie. Jej poczucie własnej wartości pozostaje nierozerwalnie związane z brakiem smoka i niemożnością uczestniczenia w wojnie. Ostatecznie porzuca powierzonych sobie przyrodnich braci, aby odnaleźć dzikiego smoka. Scenariusz nie traktuje tej decyzji jako moralnego błędu, lecz jako długo wyczekiwany moment spełnienia bohaterki. W tym wątku, jak i w wielu innych trudno doszukać się sceny, w której bohaterka świadomie wybiera rolę tradycyjnie uznawaną za kobiecą i czuje się dzięki niej spełniona.

Paradoks Rodu Smoka polega na tym, że choć serial z niezwykłą konsekwencją eksponuje kobiece doświadczenie, bardzo rzadko przedstawia je jako źródło siły. Bohaterki cierpią jako kobiety, lecz sprawczość odzyskują najczęściej dopiero poprzez cechy od dawna kojarzone z męskim ideałem: waleczność, niezależność i gotowość do przekraczania przypisanych im ról, podczas gdy role stereotypowo kobiece przedstawia przede wszystkim jako źródło cierpienia lub ograniczeń.

Kobiety jako moralne centrum opowieści

Ród Smoka, przedstawiając kobiece doświadczenie, przedstawia patriarchat jako źródło cierpienia, ograniczeń i przemocy. Nie jest to jednak jedyny aspekt, na który wpływa uczynienie z patriarchalnego porządku głównego antagonisty serialu. Serial zdaje się sugerować tezę, że kobiety byłyby dobrymi lub nawet lepszymi od mężczyzn władczyniami, gdyby nie ograniczała ich dyskryminacja ze względu na płeć.

Nie wiem, czy był to celowy zamysł twórców, ale motyw ten widać nie tylko w sposobie przedstawiania kobiecego doświadczenia, lecz również w konstrukcji głównych bohaterek. Rhaenyra oraz Alicent zostają konsekwentnie obsadzone w roli moralnego centrum opowieści. Choć stoją po przeciwnych stronach konfliktu, serial wielokrotnie podkreśla ich niechęć do wojny, gotowość do kompromisu i przekonanie, że eskalacja przemocy powinna pozostać ostatecznością.

Jest to szczególnie widoczne w drugim sezonie. Po śmierci Lucerysa i Jahearysa, które w książce stanowi punkt, z którego nie ma już odwrotu, obie kobiety nadal szukają drogi do porozumienia. Rhaenyra potajemnie udaje się do Królewskiej Przystani, ryzykując życie, aby jeszcze raz spróbować zakończyć konflikt pokojowo. Kilka odcinków później Alicent odwiedza ją na Smoczej Skale z podobną intencją. Serial z niezwykłą konsekwencją podtrzymuje obraz tych dwóch kobiet, które, jako jedyne, naprawdę rozumieją cenę wojny.

Rhaenyra wielokrotnie podkreśla, że nie chce rozpoczynać wojny ani odpowiadać za śmierć tysięcy ludzi. Nawet po zabójstwie Lucerysa jej pierwszą reakcją nie jest wezwanie do odwetu, lecz próba zachowania kontroli nad sytuacją. Podobnie Alicent, która, choć stała za rozpoczęciem konfliktu, to w drugim sezonie coraz częściej przedstawiana jest jako osoba próbująca zatrzymać machinę wojny. Kulminacją tej przemiany staje się gotowość do oddania Królewskiej Przystani Rhaenyrze, co przedstawione zostaje jako akt moralnej odwagi i zerwania z patriarchalnymi normami. Serial wyraźnie odróżnia postawy kobiet od postaw mężczyzn, którzy często bezrefleksyjnie dążą do przemocowego rozwiązania sporu.

Rodzi to jednak poważny problem dla konstrukcji bohaterek. Ród Smoka opowiada przecież historię jednej z najkrwawszych wojen domowych w dziejach Westeros. Wojna musi wybuchnąć, bohaterowie muszą podejmować decyzje prowadzące do eskalacji przemocy. Jeżeli jednak Rhaenyra i Alicent mają pozostać moralnym centrum opowieści, ciężar tych decyzji musi zostać przeniesiony na inne postacie. W rezultacie to nie kobiety napędzają konflikt, lecz mężczyźni działający wokół nich. Ich ręce pozostają czyste, lecz płacą za to wysoką cenę – utratę sprawczości. I to jest coś, co wybrzmiewa na każdym kroku serialu:

  1. Pomyłka Alicent

Pierwszym wyraźnym przykładem tego mechanizmu jest sposób, w jaki serial przedstawia decyzję Alicent o koronacji Aegona. W Ogniu i krwi od lat uczestniczyła ona w budowaniu frakcji Zielonych i świadomie dąży do osadzenia syna na tronie. Serial odbiera jej decyzyjność. Gdy po śmierci Viserysa odkrywa, że członkowie Małej Rady od dawna przygotowywali plan przejęcia władzy, sama wydaje się tym zaskoczona. Ostatecznie angażuje się w koronację Aegona przede wszystkim dlatego, że błędnie interpretuje ostatnie słowa umierającego męża jako zmianę decyzji dotyczącej sukcesji.

Serial odbiera w ten sposób Alicent polityczną odpowiedzialność za jedno z najważniejszych wydarzeń całej historii. Co dziwi mnie tym bardziej że wcześniej sam przygotował znacznie bardziej przekonującą motywację. Po skoku czasowym Alicent wielokrotnie wyraża lęk, że jeśli Rhaenyra obejmie tron, Aegon, Aemond, Helaena i Daeron staną się zagrożeniem dla jej panowania. W jednej ze scen pierwszego sezonu krzyczy Aegonowi prosto w twarz, że jego starsza siostra zabije całą ich rodzinę, jeśli obejmie tron. Taki lęk byłby wystarczającym uzasadnieniem świadomego udziału Alicent w przejęciu władzy. Nie czyniłby z niej cynicznej uzurpatorki, lecz matkę podejmującą tragiczną decyzję w obronie własnych dzieci.

  1. Blood and Cheese

Najwyraźniej widać to w sposobie, w jaki serial przedstawia wydarzenia określane przez czytelników Ognia i krwi mianem Blood and Cheese. W książce akcja zostaje przeprowadzona jako zemsta Rhaenyry i Daemona za śmierć Lucerysa. Martin pozostawia wiele miejsca na interpretację szczegółów, nie pozostawia jednak większych wątpliwości co do odpowiedzialności Czarnej Królowej. W serialu odpowiedzialność ta zostaje znacząco rozmyta. Daemon działa samodzielnie, nie informując Rhaenyry o swoich zamiarach, a sama bohaterka po odkryciu prawdy reaguje przerażeniem i potępieniem. W rezultacie jeden z najbardziej wstrząsających aktów przemocy wojny przestaje być konsekwencją decyzji politycznej królowej, a staje się kolejną zbrodnią popełnioną przez mężczyznę działającego poza jej kontrolą.

  1. Spotkanie w septcie

Jeszcze wyraźniej widać to podczas spotkania Rhaenyry i Alicent w Wielkim Sepcie. Po śmierci dzieci wojna w praktyce już się rozpoczęła. Mimo to serial doprowadza do spotkania obu bohaterek, dając Rhaenyrze jeszcze jedną możliwość pokojowego rozwiązania konfliktu. Sama scena nie zmienia jednak sytuacji. Alicent uświadamia sobie, że błędnie zinterpretowała ostatnie słowa Viserysa, lecz jednocześnie przyznaje, że jest już za późno, by zatrzymać wydarzenia. Rozmowa nie prowadzi więc do żadnego przełomu. Jej zasadniczą funkcją wydaje się ponowne podkreślenie, że Rhaenyra nie dąży do wojny i jest gotowa podjąć nawet ogromne ryzyko, by jej uniknąć.

Jest to zarazem kolejny przykład ceny, jaką serial płaci za moralną idealizację swojej protagonistki. Rhaenyra nie może po prostu uznać, że wojna stała się nieunikniona i świadomie podjąć decyzji o rozpoczęciu walki. Zanim do tego dojdzie, scenariusz musi jeszcze raz zapewnić widza, że wyczerpała wszystkie pokojowe możliwości. W efekcie bohaterka nie tylko traci polityczną sprawczość, ale również wiarygodność. Jej decyzje przestają być zdeterminowane logiką wydarzeń, a zaczynają wyglądać na motywowane potrzebą zachowania jej moralnie nieskazitelnego wizerunku.

  1. Alicent oddająca King’s Landing

Najdalej idącym przykładem moralnej idealizacji kobiet jest decyzja Alicent o oddaniu Królewskiej Przystani Rhaenyrze. Trudno pogodzić ją z drogą, jaką bohaterka przeszła wcześniej. Serial długo budował Alicent jako kobietę przekonaną, że objęcie tronu przez Rhaenyrę oznacza śmierć jej dzieci. W drugim sezonie ta motywacja niemal całkowicie znika.

Spotkanie z Rhaenyrą prowadzi Alicent do decyzji, która jeszcze kilka odcinków wcześniej wydawałaby się dla niej nie do pomyślenia. Gotowa jest oddać miasto, mając pełną świadomość, że Aegon i Aemond przypłacą to życiem. Jest to przede wszystkim decyzja moralna, przedstawiona jako akt odwagi i pragnienia zakończenia przemocy.

I to doskonale wpisuje się w sposób przedstawiania głównych bohaterek jako moralnie lepszych. Gdy fabuła wymaga wyboru pomiędzy polityczną sprawczością, a utrzymaniem ich wizerunku, serial konsekwentnie wybiera to drugie.

  1. Haelena karykaturą postaci

Helaena jest prawdopodobnie najbardziej skrajnym przykładem moralnej idealizacji kobiecej postaci. Serial przedstawia ją jako osobę niemal całkowicie pozbawioną gniewu, pragnienia odwetu czy politycznych ambicji. Nie byłoby w tym nic niewiarygodnego, gdyby podobna postawa wynikała z przeżytej traumy lub innych wydarzeń, które zmieniają relację człowieka z jego emocjami. Jednak serial nic takiego nie wprowadza, a jednocześnie usuwa z niej emocje, które mogłyby zaburzyć obraz kobiety jako istoty z natury odrzucającej przemoc. To sprawia, że Helaena Targaryen staje się bohaterką niewiarygodną, mało ludzką, pełniącą bardziej funkcję symbolu niż pełnowymiarowej postaci. Pokazuje tym samym, że im bardziej serial idealizuje bohaterkę moralnie, tym mniej pozwala jej być psychologicznie wiarygodnym człowiekiem.

Cena czystych rąk

Skoro więc kobiety nie mogą odpowiadać za wojnę, cała odpowiedzialność (i cała sprawczość) zostają przypisane otaczającym je mężczyznom. To Otto Hightower od lat przygotowuje przejęcie tronu przez Aegona. To Criston Cole, kierując się własnymi urazami i ambicją, staje się twórcą królów. To Daemon, bez wiedzy Rhaenyry, organizuje Blood and Cheese. To Aemond dokonuje brutalnej zemsty zabijając Lucerysa. Nawet wtedy, gdy Rhaenyra obejmuje władzę, kolejne akty przemocy zostają przypisane inicjatywie mężczyzn działających obok niej lub wbrew jej woli.

Jedną z najbardziej zaskakujących konsekwencji tej konstrukcji jest stopniowe osłabianie podmiotowości głównych bohaterek. Paradoksalnie, im bardziej serial stara się zachować ich moralną niewinność, tym rzadziej pozwala im jasno wyrażać własną wolę i świadomie brać odpowiedzialność za decyzje. Zamiast tego kolejne przełomowe wydarzenia zostają przedstawione nie jako wyraz ich woli czy pragnień, lecz jako realizacja cudzej woli, obowiązku lub przeznaczenia.

To nie ja, to ON mi kazał

Najlepiej widać to już na samym początku historii. Viserys ogłasza Rhaenyrę swoją następczynią, jednak serial ani razu nie zadaje pytania, co sama bohaterka o tym sądzi. Czy traktuje nominację jako zaszczyt? Czy od zawsze marzyła o koronie? Czy może wolałaby żyć inaczej? Nie poznajemy jej pragnień ani ambicji, wiemy jedynie, że została wybrana przez ojca. Ma to ogromne znaczenie dla sposobu, w jaki odbieramy potem jej walkę o tron. Rhaenyra nie sprawia wrażenia osoby aktywnie dążącej do władzy. Jest raczej kimś, kto próbuje wypełnić wolę Viserysa i wziąć odpowiedzialność za powierzoną jej przepowiednię. To nie ona pragnie korony – to ojciec wyznaczył ją na strażniczkę rodowej odpowiedzialności.

Podobny mechanizm pojawia się w przypadku Alicent. Jak wspomniałam wcześniej, serial odbiera jej odpowiedzialność za decyzję o koronacji Aegona. Choć serial buduje przekonującą motywację opartą na strachu o życie dzieci, ostatecznie nie pozwala jej świadomie powiedzieć: „Koronuję syna, ponieważ wierzę, że tylko w ten sposób mogę ocalić rodzinę”. Zamiast tego otrzymujemy pomyłkę dotyczącą ostatnich słów Viserysa. Ponownie źródło decyzji znajduje się poza bohaterką. To nie Alicent podejmuje wybór – ona jedynie wierzy, że wykonuje wolę umierającego męża.

Ten sam schemat powraca również w drugim sezonie podczas rozmowy Rhaenyry z Cristonem Cole’em, gdy księżniczka odrzuca jego propozycję wspólnej ucieczki. Wypowiada wówczas słowa, że to Aegon wyznaczył ścieżkę, a ona musi nią podążać. Jest to zdanie niezwykle wymowne. Rhaenyra nie uzasadnia swojej decyzji własnym pragnieniem panowania ani poczuciem odpowiedzialności za królestwo. Ponownie odwołuje się do woli mężczyzny, choć tym razem takiego, który żył sto lat wcześniej. To nie ona wybiera drogę – droga została wyznaczona, a jej ma jedynie nią podążać.

Każdy z tych przykładów można oczywiście tłumaczyć szacunkiem wobec ojca, wiarą w ostatnią wolę męża czy poczucie obowiązku wynikające z proroctwa. Jednak, gdy zestawić je ze sobą, widać wyraźny wzorzec. Za każdym razem, gdy serial staje przed koniecznością pokazania kobiety podejmującej decyzję mogącą budzić moralne wątpliwości lub świadczyć o jej ambicji, źródło tej decyzji zostaje przesunięte poza nią. Ojciec, mąż, legendarny przodek. Zawsze ktoś inny.

W efekcie bohaterki nie jawią się jako osoby kierujące własnym losem. Scenariusz nie pozwala im po prostu powiedzieć: „Ja tego chcę.” I paradoksalnie właśnie to odbiera im część tragicznego wymiaru. Pełnokrwisty tragiczny bohater nie zawsze postępuje moralnie. Taki bohater jednak świadomie wybiera, bierze odpowiedzialność za konsekwencje swoich decyzji i ponosi ich ciężar. Rhaenyra i Alicent zbyt często zostają tego ciężaru pozbawione. Zamiast kobiet kształtujących historię oglądamy bohaterki, które przede wszystkim wykonują cudzą wolę i stają się ofiarami okoliczności i decyzji innych.

Trudno nie zauważyć ironii tej sytuacji. Serial, który próbował dowartościować swoje bohaterki, odebrał im możliwość wykazania się jako kompetentne przywódczynie. W efekcie powstał przekaz odwrotny do zamierzonego. Dobroć i niechęć do przemocy okazują się niewystarczająca, aby utrzymać władz. To mężczyźni, niezależnie od moralnej oceny ich czynów, pozostają tymi, którzy rzeczywiście kształtują historię. Paradoksalnie więc próba pokazania kobiet jako moralnie lepszych od mężczyzn prowadzi do przedstawienia ich jako mniej zdolnych do sprawowania rządów.

Bezsilne macierzyństwo

Od pierwszych odcinków Ród Smoka poświęca wyjątkowo dużo miejsca macierzyństwu. Widzimy porody, poronienia, śmierć dzieci, lęk o potomstwo i cierpienie matek. Rhaenyra zostaje przedstawiona jako czuła i troskliwa matka. Alicent, choć emocjonalnie bardziej zdystansowana, również nieustannie martwi się o bezpieczeństwo swoich dzieci i ich przyszłość. Wszystko to sugeruje, że więź między matką a dzieckiem będzie jedną z najważniejszych sił napędzających decyzje bohaterek.

Z czasem widać jednak, że serial nie poszedł tym tropem. Dzieci pozostają ważne jako źródło szczęścia i cierpienia, lecz ich utrata nie prowadzi do głębokiej przemiany psychologicznej swoich matek. Śmierć kolejnych synów wywołuje rozpacz, ale nie zmienia sposobu, w jaki bohaterki postrzegają świat ani decyzji, które podejmują.

Najbardziej złożonym przykładem pozostaje jednak Alicent. Przez większą część serialu funkcjonuje jako kobieta podporządkowana decyzjom mężczyzn. Ojca, męża, wreszcie regułom świata, w którym żyje. Dopiero pod koniec drugiego sezonu po raz pierwszy świadomie odrzuca tę logikę. Nie chce już prowadzić wojny, nie chce dłużej odgrywać roli wyznaczonej przez dynastię ani przez patriarchalne oczekiwania. Chce postąpić zgodnie z własnym sumieniem.

Sama w sobie jest to niezwykle interesująca przemiana. Problem polega na tym, że serial wiąże ją z decyzją o wydaniu własnych synów na śmierć. Alicent odzyskuje podmiotowość dopiero wtedy, gdy przestaje walczyć o dzieci, które przez dwa sezony stanowiły główną motywację jej działań. Trudno nie dostrzec tu paradoksu. Zerwanie z patriarchalnym porządkiem, robienie tego, co jest „słuszne”, zostaje niemal utożsamione z zerwaniem więzi macierzyńskiej.

Podobny mechanizm można dostrzec we wspomnianej już Laenie Velaryon, która wybiera śmierć w smoczym ogniu zamiast próby uratowania nienarodzonego dziecka. Decyzja ta wpisuje się w szerszy wzorzec obecny w serialu. Relacja matki z dzieckiem ustępuje miejsca innym celom narracyjnym, takim jak podkreślenie autonomii bohaterki czy stworzenie spektakularnego finału jej historii.

Jeszcze wyraźniej widać to w sposobie przedstawienia żałoby. Śmierć Lucerysa nie zamyka dla Rhaenyry możliwości pokojowego rozwiązania konfliktu. Po zabójstwie Jaehaerysa Helaena nie zostaje złamana psychicznie tak, jak ma to miejsce w książce, a później nie okazuje nawet niechęci wobec Rhaenyry, choć ma wszelkie powody sądzić, że to właśnie ona odpowiada za śmierć jej syna. Nawet śmierć Jace’a nie prowadzi Rhaenyry do zasadniczej zmiany postawy. Wciąż skłonna jest do aktów łaski wobec przeciwników.

Nie chcę przez to powiedzieć, że każda z tych kobiet powinna kierować się wyłącznie żądzą zemsty. Taka reakcja również mogłaby okazać się uproszczeniem. Chodzi mi o coś znacznie subtelniejszego. Tragiczne doświadczenia nie pozostawiają na nich śladu. Nie prowadzą do utraty dotychczasowych hamulców, nie zmieniają hierarchii wartości, nie rodzą bezwzględności w ochronie tych dzieci, które pozostały przy życiu, ani nawet trwałej nienawiści wobec sprawców. Bohaterki cierpią, lecz cierpienie nie staje się siłą zdolną przekształcić ich charakter.

U Martina macierzyństwo jest również źródłem działania. Nie tylko pozwala zrozumieć bohaterkę, ale zmienia bieg wydarzeń. To właśnie troska o dzieci popycha wiele postaci do decyzji, których inaczej nigdy by nie podjęły. Cersei, ze względu na dobro dzieci niszczy Neda. Catelyn dla wolności córek uwalnia Jamie’go. Olenna ryzykuje wszystko, by ochronić wnuczkę bez małżeństwem z Joffreyem. W Grze o tron macierzyństwo stanowi źródło siły i sprawczości bohaterek. W Rodzie Smoka zostaje zredukowane do doświadczenia i symbolu, zamiast pozostać jedną z najpotężniejszych sił kształtujących ich decyzje.

Kobiety, które były ludźmi

Można oczywiście odpowiedzieć, że Rhaenyra i Alicent po prostu próbują być dobrymi ludźmi. Samo w sobie nie jest to przecież wadą, ale sprawowanie władzy wymaga czegoś więcej niż moralnego kompasu. Historia Westeros wielokrotnie pokazuje, że dobroć i polityczna skuteczność nie muszą się wykluczać, ale też nie są tym samym.

Dobrym przykładem są dwaj królowie z dynastii Targaryenów: Aenys I i Jaehaerys I. Obaj uchodzili za ludzi łagodnych, skłonnych do przebaczenia i unikających niepotrzebnego okrucieństwa. Różniło ich jednak to, że tylko jeden z nich potrafił myśleć kategoriami państwa.

Aenys próbował zażegnywać konflikty ustępstwami i dobrą wolą. Unikał zdecydowanych działań, wierząc, że kolejne kompromisy pozwolą zachować pokój. W praktyce doprowadziło to do narastania kryzysów, które ostatecznie przerosły jego możliwości. Nie był „zbyt dobry”, lecz nie potrafił zrozumieć, iż samo pragnienie pokoju nie wystarcza, aby go utrzymać.

Jaehaerys również nie był tyranem. Przeciwnie, zasłużył na przydomek Pojednawcy właśnie dlatego, że potrafił szukać kompromisów i łagodzić spory. Jednocześnie doskonale rozumiał, że miłosierdzie ma sens tylko wtedy, gdy opiera się na autorytecie i sile. Wiedział, kiedy warto wybaczyć, a kiedy konieczne jest stanowcze działanie. Potrafił budować sojusze, zapobiegać konfliktom, ale jeśli pokój okazywał się niemożliwy, nie wahał się użyć siły. Nie był mniej moralny od Aenysa. Po prostu rozumiał politykę i myślał w kategoriach skutków.

To właśnie tej różnicy często brakuje bohaterkom Rodu Smoka. Serial przedstawia ich moralność jako wartość absolutną, podczas gdy polityka wymaga nieustannego ważenia konsekwencji. Dobry władca nie wybiera wyłącznie między dobrem a złem. Nie zawsze może zachować czyste ręce.

Paradoksalnie to właśnie George R. R. Martin zrobił dla kobiecej reprezentacji więcej niż serial Ród Smoka. Nie opisał bohaterek, które były wyłącznie szlachetne. Wręcz przeciwnie Pozwalał im być równie wielkimi i małymi, równie mądrymi i równie okrutnymi, heroicznymi i tragicznymi jak mężczyźni. Nie musiał udowadniać, że kobiety potrafią rządzić. Wystarczyło, że pisał je jak ludzi.

Ród Smoka nie popełnia błędu dlatego, że krytykuje patriarchat, który jest w Westeros faktycznym źródłem niesprawiedliwości i ograniczeń nakładanych na kobiety. Problem pojawił się wtedy, gdy patriarchat zaczął pełnić rolę wyjaśnienia niemal każdej porażki bohaterek. Alicent i Rhaenyra nie przegrywają z własnymi słabościami lub konsekwencjami swoich decyzji, lecz z systemem, który odbiera im możliwość pełnego działania.

Tymczasem największą siłą twórczości Martina zawsze było przekonanie, że ludzie są jednocześnie ofiarami okoliczności i autorami własnego losu. Westeros ogranicza swoich bohaterów, ale nigdy całkowicie ich nie determinuje. To właśnie napięcie między realiami, a indywidualnym wyborem rodzi tragedię. Być może dlatego kobiety z Gry o tron do dziś pozostają jednymi z najlepiej napisanych bohaterek współczesnej telewizji. Serial nie próbował udowadniać żadnej tezy o kobietach. Po prostu przedstawiał je jako pełnoprawnych uczestników gry o władzę. Ich płeć miała znaczenie, ponieważ wpływała na sposób, w jaki były traktowane, ale nie determinowała ich charakterów ani zwycięstw czy porażek.

Cersei była bezwzględna, ambitna i politycznie inteligentna. Olenna Tyrell potrafiła prowadzić wieloletnie gry dyplomatyczne i podejmować decyzje, które zmieniały losy rodów. Margaery świadomie wykorzystywała społeczne oczekiwania wobec kobiet jako narzędzie polityczne. Daenerys wielokrotnie stawała przed dramatycznymi wyborami i podejmowała decyzje, nie znając skutków. Żadna z nich nie była moralnie nieskazitelna. Każda popełniała błędy. Każda płaciła za nie wysoką cenę. Każda była równie odpowiedzialnymi za historię, którą współtworzyły.

Na tym polega największy paradoks Rodu Smoka. Serial wydaje się próbować dowieść, że kobiety potrafią rządzić równie dobrze jak mężczyźni, a chwilami nawet lepiej. Aby to osiągnąć, konsekwentnie chroni jednak swoje bohaterki przed moralną odpowiedzialnością, ogranicza ich ambicję, łagodzi konflikty między nimi i odbiera im część politycznej sprawczości. W efekcie przestają być przede wszystkim ludźmi, a stają się nośnikami określonej tezy. Paradoks Rodu Smoka polega więc na tym, że próbując oddać swoim bohaterkom sprawiedliwość, zbyt często odbiera im coś innego: pełnię człowieczeństwa.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry