Karolina Miller

„Widzę cię”. Relacja Alicent i Rhaenyry, której House of the Dragon NIE opowiedział

Wszyscy gramy role

Wszyscy odgrywamy role. Nie mam jednak na myśli udawania czegokolwiek, lecz funkcje, które społeczeństwo uznało za na tyle ważne, by je zdefiniować. Jesteśmy czyimiś rodzicami i dziećmi, przyjaciółmi i nauczycielami, lekarzami, kierowcami, członkami drużyny piłkarskiej, posłami czy prezydentami. Każda z tych ról niesie ze sobą określone prawa, obowiązki i oczekiwania. Dzięki nim życie społeczne staje się przewidywalne. Wiemy, czego oczekuje się od lekarza, czego od sędziego, a czego od ojca. Role nie są czymś złym. Przeciwnie, stanowią jeden z fundamentów funkcjonowania każdej społeczności

Problem pojawia się wtedy, gdy oczekiwania wobec roli stają się ważniejsze od człowieka, który ją pełni. Lekarz ma mieć pewną wiedzę, matka cierpliwość, ksiądz ma być wolny od wątpliwości, a prezydent od egoizmu. Im większa odpowiedzialność związana z rolą, tym mniej miejsca pozostaje na zwykłe, ludzkie doświadczenie. Człowiek zaczyna odgrywać nie tylko swoją rolę, lecz społeczne wyobrażenie o tym, jaką jest osobą. Strach, zmęczenie, bezradność czy zwątpienie nie znikają, lecz mają coraz mniej przestrzeni, by zostać wyrażone.

Co to znaczy "widzieć" człowieka

Bycie widzianym nie oznacza prostego bycia dostrzeżonym. Nie oznacza także otrzymywania aprobaty. Człowieka można doskonale znać, a jednocześnie nigdy naprawdę nie widzieć. Można go powierzchownie wspierać i chwalić, a w rzeczywistości całkowicie pomijać. Znać jego wady i zalety, osiągnięcia, marzenia, a nawet wydarzenia, które ukształtowały jego życie i wciąż widzieć przede wszystkim rolę, jaką pełni.

Być widzianym to doświadczać czegoś innego: poczucia, że ktoś dostrzega osobę ukrytą pod społecznymi oczekiwaniami. Że widzi nie tylko matkę, lekarza czy prezydenta, ale także człowieka, który czasem się boi, wątpi, ponosi porażki i pragnie czegoś więcej niż tylko dobrze odegrać swoją rolę. Poczucie bycia widzianym ma znaczenie, ponieważ przypomina człowiekowi, że jego wartość nie kończy się na funkcjach, które pełni wobec innych. Że pozostaje kimś również wtedy, gdy przestaje być skutecznym specjalistą, silnym ojcem czy nieomylnym przywódcą.

Taka relacja nie uwalnia od odpowiedzialności ani nie znosi ról społecznych. Daje jednak coś równie ważnego: przestrzeń, w której nie trzeba nieustannie zasługiwać na swoją wartość. Świadomość, że istnieje choć jedna osoba, dla której pozostajemy kimś więcej niż sumą społecznych oczekiwań, pozwala na szczerość, słabość i autentyczność. Pozwala też wierzyć, że na naszych rolach nie kończy się to, kim jesteśmy.

Westeros światem ról

Świat Westeros wydaje się skrajnym obrazem świata ról. W przeciwieństwie do współczesności, która zostawia nieco miejsca na ludzką indywidualność i niezależną wartość, w Siedmiu Królestwach rola jest wszystkim. Bycie królem, lordem, dziedzicem, rycerzem czy żoną określa nie tylko miejsce w społeczeństwie, ale także przebieg całego życia. To od pełnionej funkcji zależą wartość człowieka, jego przyszłość oraz prawa i obowiązki.

W takim świecie szczególnie łatwo zapomnieć, że pod tytułem i herbem pozostaje człowiek. Gdy wszystko wokół nieustannie przypomina, kim powinno się być, coraz trudniej odpowiedzieć sobie na pytanie, kim właściwie się jest. Jeszcze trudniej znaleźć kogoś, przy kim można na chwilę przestać być królową, dziedzicem czy lordem.

Relacja która mogła być sercem serialu

W książce George’a R.R. Martina relacja Alicent Hightower i Rhaenyry Targaryen właściwie nie istnieje. Obie bohaterki funkcjonują wyłącznie jako reprezentantki rywalizujących stronnictw. Ich wzajemna więź nie stanowi wątku opowieści ani źródła dramatu. Serial House of the Dragon dokonał pod tym względem jednej z najodważniejszych zmian względem materiału źródłowego. Uczynił z Alicent i Rhaenyry przyjaciółki, które dorastały razem i których rozłam miał stać się emocjonalnym centrum całej historii.

Była to decyzja o ogromnym potencjale, którego, moim zdaniem, serial nie wykorzystał. Pokazał, że Alicent i Rhaenyrę łączyła bliska relacja, lecz nie próbował odpowiedzieć na pytanie, co właściwie czyniło ją niezastępowalną. Co sprawiało, że żadna inna osoba nie mogła zająć miejsca tej drugiej? Tymczasem rozwiązanie wydaje się oczywiste, gdy spojrzeć na konstrukcję świata, w którym obie żyły.

Alicent i Rhaenyra od najmłodszych lat były uwikłane w role. Księżniczka, następczyni, córka namiestnika, królowa, żona, matka. Każda z tych ról niosła nowe obowiązki i oczekiwania, zostawiając coraz mniej miejsca na ukryte pod nimi dwie zagubione młode dziewczyny. W takim świecie Alicent i Rhaenyra mogły stać się dla siebie kimś więcej niż przyjaciółkami. Mogły być jedynymi osobami, dla których druga istniała również wtedy, gdy odebrać jej wszystkie tytuły, obowiązki i społeczne funkcje.

Serial pokazał wiele momentów bliskości Rhaenyry i Alicent. Trzymanie się za ręce, rozmowy i śmiech, wspólna modlitwa czy nauka. Ile jednak było w tych chwilach prawdziwego spotkania dwóch osób? Przyjrzyjmy się temu.

Rozmowa pod drzewem (1x01)

Jedna z pierwszych scen Alicent i Rhaenyry, rozgrywająca się pod drzewem, bardzo dobrze ilustruje zarówno potencjał tej relacji, jak i problem, który będzie powracał przez cały serial.

Alicent siedzi na kocu z księgą, a Rhaenyra opiera głowę na jej kolanach. Próbują się uczyć, lecz rozmowa schodzi na zbliżający się poród Aemmy. Z jednej strony twórcy tworzą moment niezwykle intymny, z drugiej niemal natychmiast przerywają go, by przekazać widzowi informacje niezbędne dla zrozumienia fabuły.

Najbardziej wyrazistym przykładem jest krótka wymiana zdań dotycząca septy. Rhaenyra wyśmiewa nauczycielkę, a Alicent odpowiada: „Zawsze taka jesteś, gdy się denerwujesz”. Kiedy Rhaenyra pyta: „Jaka?”, słyszy odpowiedź: „Niemiła„. To tutaj po raz pierwszy pojawia się to, co mogło stanowić o wyjątkowości ich relacji. Alicent nie ocenia jej zachowania czy słów. Nazywa je. Rozpoznaje emocję ukrytą pod złośliwością i dostrzega przyczynę, którą ktoś obcy mógłby przeoczyć. Daje Rhaenyrze nie tylko troskę, lecz także zrozumienie.

Niestety, zaledwie chwilę później rozmowa gwałtownie zmienia kierunek. Alicent pyta Rhaenyrę, czy obawia się utraty swojej pozycji, jeśli królowa urodzi syna. Pytanie to brzmi bardziej jak komentarz narratora, niż kontynuacja ich rozmowy. W tym momencie historii Rhaenyra nie została jeszcze ogłoszona następczynią tronu, a obowiązujące prawo i precedens wskazują, że to męski potomek dziedziczy koronę. Przez to Alicent brzmi tak, jakby znała już kolejne odcinki i była bardziej zainteresowana kwestią sukcesji, niż zmartwieniem przyjaciółki o to, jak matka zniesie kolejny poród. Rozmowa, która mogła dotyczyć emocji i tego, co sytuacja znaczyła dla Rhaenyry osobiście, już tutaj operuje językiem ról i polityki.

Modlitwa w sepcie (1x02)

Drugi odcinek także zawiera scenę, która doskonale pokazuje zarówno potencjał tej relacji, jak i ograniczenia scenariusza. W sepcie Alicent zachęca Rhaenyrę, by wspólnie się pomodliły. Chce pomóc przyjaciółce przeżyć żałobę po matce, mówi, że właśnie tam czuje obecność swojej własnej, również zmarłej matki. Rhaenyra pyta bezradnie: „Co mam mówić?”. Nie jest to jedynie wyraz tego, że nie jest szczególnie religijna. To raczej sygnał, że nie szuka rytuału, lecz kogoś, kto po prostu będzie obok.

Rozmowa jest pełna czułości, ale jednocześnie pokazuje coś istotnego. Alicent dostrzega ból Rhaenyry, jednak odpowiada na niego swoim własnym doświadczeniem. Nie pyta, czego potrzebuje przyjaciółka ani jak ona przeżywa stratę. Proponuje jej sposób radzenia sobie z cierpieniem, który działa w jej własnym przypadku. To bardzo ludzki odruch. Wielu z nas pociesza właśnie w ten sposób. Nie jest to jednak to, co można nazwać „widzeniem”. Wspólnota doświadczeń nie jest tym samym co dostrzeżenie drugiego człowieka w jego indywidualnym doświadczeniu. I widać to chwilę później.

Rhaenyra niemal wybucha płaczem i wyznaje, że chciałaby, aby ojciec dostrzegł w niej coś więcej niż małą dziewczynkę. Samo zdanie wydaje się niefortunne. Viserys już przecież widzi w niej więcej niż dziecko. Uczynił ją następczynią Żelaznego Tronu. Znacznie bardziej zrozumiałe byłoby pragnienie, by ojciec zobaczył w niej nie tylko element planu sukcesji, lecz po prostu córkę.

Być może dlatego odpowiedź Alicent jest tak mało satysfakcjonująca. Mówi, że jej ojciec także „nie mówi językiem kobiet”. Jeżeli potraktować te słowa jako wyraz wspólnego doświadczenia niezrozumienia przez ojców, budują one między bohaterkami poczucie bliskości. Nie są jednak jeszcze próbą zobaczenia Rhaenyry. Alicent mówi przede wszystkim: „Ja też tego doświadczyłam”, a nie: „Widzę, czego potrzebujesz”. To prosta empatia rozumiana jako „ja też”, budowanie wspólnoty przez analogię, lecz bez uważności na odmienność i potrzeby drugiego człowieka.

Paradoks tej sceny staje się jeszcze wyraźniejszy, gdy zestawić ją z wcześniejszą rozmową Alicent i Viserysa. Po śmierci królowej Aemmy Alicent mówi królowi: „Gdy moja matka zmarła, ludzie mówili do mnie zagadkami. A ja chciałam tylko usłyszeć, że jest im przykro”. Następnie dodaje: „Bardzo mi przykro, Wasza Miłości”. W tej krótkiej chwili nie odpowiada na obowiązki króla ani na polityczne konsekwencje jego straty. Odpowiada na człowieka. 

Tym bardziej szkoda, że podobna uważność nie pojawia się w rozmowie z Rhaenyrą. Przecież sama Rhaenyra zaczyna dialog od skargi, że zaledwie kilka miesięcy po śmierci matki wszyscy zajmują się już znalezieniem Viserysowi nowej żony. Pod jej słowami kryje się bardzo prosta potrzeba: żeby ktoś na moment przestał mówić o obowiązkach i zwyczajnie uznał jej ból. To właśnie taki gest pozwoliłby Alicent nie tylko współodczuwać z Rhaenyrą, lecz naprawdę ją zobaczyć.

Powrót Rhaenyry z objazdu kandydatów (1x04)

Jeszcze wyraźniej potencjał tej relacji widać w scenie powrotu Rhaenyry z objazdu kandydatów do małżeństwa. Rozgoryczona księżniczka opisuje swoją podróż z wyraźną pogardą dla roli, do której próbuje się ją sprowadzić: „Jakież to romantyczne zostać zamkniętą w zamku i wyciskać z siebie kolejnych dziedziców.” Paradoks polega na tym, że Rhaenyra, mówiąc o własnych lękach, nieświadomie opisuje życie Alicent, zamkniętej w murach Czerwonej Twierdzy i sprowadzonej do roli żony oraz matki królewskich dzieci. Alicent nic na to nie odpowiada, lecz spojrzenia przyjaciółek spotykają się i nie trzeba słów, by pokazać, jak dobrze się zrozumiały.

Najciekawsze jest to, że Alicent nie odpowiada tu językiem obowiązków. Nie przypomina Rhaenyrze o powinnościach wobec męża, rodu, kraju. Nie próbuje przekonywać jej, że takie jest życie kobiet w Westeros. Zamiast tego mówi: „Cieszę się, że wróciłaś. Mam tu niewielu przyjaciół. Chcę nadal być Alicent, ale wszyscy inni widzą we mnie królową.”  To jedno z nielicznych zdań w całym serialu, w których bohaterka tak otwarcie wyraża tęsknotę za byciem dostrzeganą nie przez pryzmat pozycji, lecz jako człowiek.

I to właściwie jedyny moment, w którym serial zdaje się intuicyjnie pozwalać wybrzmieć relacji, jaką Alicent i Rhaenyra mogłyby ze sobą stworzyć. Bo nie rozmawiają tu jako następczyni i królowa, lecz jako dwie młode kobiety próbujące zachować siebie w świecie, który coraz mocniej definiuje je poprzez role. Szkoda, że podobnych rozmów jest tak niewiele. Zamiast rozwijać tę wyjątkową więź, serial niemal zawsze wraca do polityki, sukcesji i konfliktu o tron. To właśnie dlatego scena ta tak mocno zapadła mi w pamięć. Choć nie najbardziej widowiskowa, to najbliższa temu, co serial House of the Dragon mógł zbudować.

Skok czasowy

Po wieloletnim przeskoku czasowym serial wyraźnie zmienia punkt ciężkości. Dotychczasowe sceny, choć nieliczne, sugerowały możliwość głębszej relacji między bohaterkami. Od tego momentu niemal całkowicie ustępują one miejsca polityce, sukcesji i konfliktowi między rodami. Alicent i Rhaenyra funkcjonują już wyłącznie jako nośniki ról.

Ktoś może argumentować, że tak musiało być. Konflikt o tron naturalnie zakończył to, co było między nimi. I tak faktycznie by było, gdyby dotyczyło zwykłej przyjaźni. Ale relacji opartej na ‘widzeniu’ rozłam wcale nie musiał przekreślić. Mógł uczynić ją bardziej tragiczną, jeśli zobaczylibyśmy, że pod politycznym sporem wciąż istnieje pamięć o drugiej osobie. Bycie widzianym nie oznacza przecież zgody ani nie wyklucza wzajemnego zranienia. Czasami ujawnia się najbardziej właśnie wtedy, gdy dwie osoby stają po przeciwnych stronach. Można nienawidzić czyichś decyzji, a jednocześnie rozumieć, skąd się biorą. Można walczyć z kimś, nie przestając widzieć człowieka.

Tymczasem po skoku czasowym serial coraz rzadziej pozostawia miejsce na takie chwile. Widz dowiaduje się, jak kolejne wydarzenia przesuwają obie strony ku wojnie. Jednak im bardziej rośnie polityczny konflikt, tym słabiej wybrzmiewa osobista tragedia Alicent i Rhaenyry.

Bękarty (1x06)

Bardzo dobrze widać to w szóstym odcinku, gdzie już od pierwszych minut serial koncentruje się na najważniejszym problemie politycznym tego okresu: powszechnie kwestionowanym ojcostwie dzieci Rhaenyry. Scena porodu i złośliwa uwaga Alicent o wyglądzie noworodka, jej rozmowa z Viserysem, prowokacja Cristona Cole’a wobec Harwina Stronga, kłótnia Harwina z Lyonel’em, czułość, z jaką Harwin bierze dziecko na ręce. Każda z tych scen przypomina tę samą informację. A ponieważ serial nie ufa inteligencji widza, dorzuca jeszcze reakcję Jace’a, który pyta matkę wprost, czy jest bękartem.

Sam wątek jest oczywiście istotny dla fabuły. Problem polega na tym, że serial powtarza ją co scenę, jakby obawiał się, że widz mógłby ją przeoczyć. W efekcie niemal cały odcinek podporządkowany zostaje jednemu celowi: upewnieniu się, że odbiorca rozumie polityczne konsekwencje narodzin trzech chłopców o ciemnych włosach. Znacznie mniej uwagi poświęca natomiast temu, co w kontekście wcześniejszych odcinków wydawało się równie ważne: jak w ciągu tych lat zmieniły się relacje bohaterów, w tym Alicent i Rhaenyry?

Nie chodziło o to, by pokazać, że nadal się przyjaźnią. To byłoby niemożliwe. Ich konflikt stanowi przecież fundament późniejszej wojny. Ten jednak nie wyklucza wzajemnego dostrzegania człowieka. Wystarczyłoby kilka krótkich scen. Spojrzenie Alicent na wyczerpaną po porodzie Rhaenyrę. Chwila zawahania Rhaenyry, gdy dostrzega, jak bardzo Alicent się boi. Krótki moment, w którym obie reagują nie na swoje słowa, lecz na emocje ukryte pod nimi. Takie momenty nie osłabiłyby konfliktu. Przeciwnie, nadałyby mu głębię, bo pokazałyby, jak wiele straciły.

Kolacja Viserysa (1x08)

Kolacja u Viserysa jest jedną z najbardziej poruszających scen pierwszego sezonu. Po latach wzajemnej niechęci Alicent i Rhaenyra po raz pierwszy odkładają na bok dawne waśnie. Pojednanie jest krótkie i kruche, lecz wydaje się szczere. Przez chwilę można uwierzyć, że obie przypominają sobie, kim były dla siebie, zanim dwór i obowiązki uczyniły z nich przeciwniczki.

Jednocześnie scena ponownie stawia granice tej relacji. Rhaenyra zwraca się do Alicent, dziękując jej za to, jaką była żoną dla Viserysa. Alicent odpowiada słowami: „Będziesz wspaniałą królową”.  Są to piękne, pełne szacunku słowa, ale obie wciąż opisują siebie nawzajem przede wszystkim poprzez role, które przyszło im pełnić. Jedna komplementuje przyszłą królową, druga wierną żonę.

Brakuje natomiast choć jednego zdania, które dotyczyłoby nie funkcji, lecz osoby. Czegoś, co przypomniałoby, że kiedyś były dla siebie po prostu Alicent i Rhaenyrą. Nie chodzi o wielkie wyznania. Wystarczyłoby krótkie wspomnienie lub słowa pokazujące, że jedna z nich wciąż pamięta, kim była druga, zanim została żoną, matką czy królową. To właśnie taki moment uczyniłby ich pojednanie najbardziej poruszającym.

Dragonstone (2x08)

Najbliżej idei relacji opartej na widzeniu serial znajduje się w ostatnim odcinku drugiego sezonu, podczas spotkania Alicent i Rhaenyry na Dragonstone. Po raz pierwszy Alicent niemal całkowicie porzuca język ról, który przez lata definiował jej sposób myślenia o sobie i świecie. Nie mówi już jako królowa wdowa ani strażniczka interesów rodu. Mówi jako kobieta zmęczona życiem podporządkowanym oczekiwaniom innych. Przyznaje, że pierwszy raz zastanawia się, czego sama chce. Wyznaje, że miała kochanka. Przyznaje również, że zazdrościła Rhaenyrze odwagi do życia poza narzuconymi regułami. Są to jedne z najbardziej osobistych słów, jakie padają między nimi w całym serialu.

A jednak również ta scena pozostawia pewien niedosyt, bo jest przede wszystkim opowieścią Alicent o samej sobie, nie o ich relacji. To Alicent odsłania swoje lęki, rozczarowania i pragnienia. To ona opowiada o własnym przebudzeniu. Znacznie mniej miejsca zajmuje próba ponownego zobaczenia Rhaenyry jako osoby. Choćby prostych słów: „Rozumiem już, dlaczego nie chciałaś żyć tak jak ja.”

To istotna różnica. Odrzucenie narzuconych ról nie jest jeszcze tym samym, co dostrzeżenie drugiego człowieka. Alicent uświadamia sobie, że przez całe życie podporządkowywała się oczekiwaniom ojca, męża i dworu. Nie prowadzi jej to jednak do równie głębokiej refleksji nad Rhaenyrą. Nie słyszymy słów, które pokazałyby, że po latach konfliktu naprawdę próbuje zrozumieć jej samotność, wybory czy cierpienie. Scena opowiada przede wszystkim o tym, że Alicent zaczyna widzieć samą siebie.

Paradoksalnie właśnie dlatego rozmowa na Dragonstone wydaje się jednocześnie niezwykle poruszająca i nie do końca spełniona. Po raz pierwszy bohaterki zbliżają się do rozmowy wykraczającej poza role królowej i pretendentki do tronu. Jednak zamiast stać się kulminacją procesu wzajemnego dostrzegania siebie, staje się przede wszystkim kulminacją osobistej przemiany Alicent. Serial ponownie znajduje się o krok od relacji, którą sam wcześniej obiecał, lecz zatrzymuje się, zanim pozwoli obu bohaterkom naprawdę się dostrzec.

Alternatywna historia

Ostatecznie House of the Dragon nie opowiada historii wzajemnego widzenia człowieka ukrytego pod społecznymi rolami. Opowiada historię przyjaźni, która rozpada się, ponieważ Alicent wybrała drogę obowiązku i cudzych oczekiwań, a Rhaenyra drogę własnych pragnień. Sama w sobie nie jest to zła opowieść, ale pozostaje znacznie mniej wyjątkowa. Przyjaźń mogły przecież zbudować również z kimś innym. Podobnie jak wspólnotę doświadczeń, radości czy cierpienia. Tym, co mogło uczynić relację Alicent i Rhaenyry niezastępowalną, było coś znacznie rzadszego: pamięć o człowieku istniejącym jeszcze przed tronem, małżeństwem, macierzyństwem i wojną.

Również dlatego finał drugiego sezonu pozostawia mnie z poczuciem, że serial zrezygnował z wiarygodności na rzecz tezy. Decyzja Alicent, by oddać Rhaenyrze Królewską Przystań, wydaje się sprzeczna z postacią, którą serial budował przez dwa sezony. Bo choć wierzę, że nawet na tym etapie historii wciąż mogły mieć dla siebie współczucie, nie prowadziłoby to do pojednania ani rezygnacji z walki, lecz do czegoś znacznie bardziej tragicznego: konieczności podejmowania okrutnych decyzji przy pełnej świadomości tego, co czuje druga osoba. Ten wątek omówię jednak szerzej w osobnym tekście.

Paradoksalnie tę niewykorzystaną możliwość często najlepiej dostrzec nie w scenariuszu, lecz w grze aktorskiej. Emma D’Arcy i Olivia Cooke wielokrotnie budują relację Alicent i Rhaenyry spojrzeniami, zawahaniami i krótkimi gestami, które sugerują znacznie większą złożoność niż wypowiadane chwilę później kwestie dialogowe. Ich twarze nierzadko perfekcyjnie oddają próby bohaterek odnalezienia dawnej bliskości, podczas gdy scenariusz niemal natychmiast sprowadza rozmowę z powrotem do obowiązków i polityki. Wybitne aktorstwo potrafi wydobyć z tekstu więcej, niż znajduje się w scenariuszu, ale nie jest w stanie zastąpić historii, której ostatecznie nie zdecydował się pokazać.

I to jest coś, czego nie mogę odżałować. Wojna między Zielonymi i Czarnymi byłaby znacznie bardziej przejmująca, gdyby po obu stronach konfliktu stały nie tylko dwie pretendentki do władzy, lecz również dwie osoby, które naprawdę się znają. Można wyobrazić sobie sytuację, w której jedna z nich proponuje swojemu stronnictwu strategię wykorzystującą wiedzę o charakterze drugiej, wierząc, iż tylko w ten sposób ocali własne dzieci. Taka decyzja byłaby gestem odpowiedzialności wobec rodziny, lecz zarazem aktem zdrady wobec przyjaciółki. Właśnie z takich konfliktów rodzą się największe tragedie.

Role społeczne są potrzebne. Mimo to każdy człowiek potrzebuje choć jednej relacji, w której nie musi nieustannie odgrywać roli. W której może okazać emocje, które do niej nie pasują. Być może właśnie taką relacją mogła stać się więź Alicent i Rhaenyry.

Największą historią, której House of the Dragon ostatecznie nie opowiedział, nie była wojna o Żelazny Tron, lecz opowieść o dwóch kobietach, które nawet stojąc po przeciwnych stronach konfliktu mogły pozostać dla siebie ostatnimi osobami zdolnymi powiedzieć: „Wciąż cię widzę”.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry